Obudziłam się na chodniku. Obok mnie leżała nieprzytomna Motoko. Zaczęłam wykrzykiwać jej imię... W końcu się zbudziła.
-Co się stało?-spytała jeszcze pół przytomna
-Nie wiem. Pamiętam tylko światła i nic więcej... Chodź pójdziemy do mnie.
Obydwie wstałyśmy. Poszłyśmy wolno w kierunku mojego domu. Czuję jakby nikt nas nie widział... Jakbyśmy w ogóle nie istniały... Jesteśmy przed drzwiami. Dzwonimy. Otwiera nam moja mama. Cała zapłakana patrzyła.
-Kto znów robi takie żarty? Dlaczego akurat teraz? Córeczko...-spojrzała na moje zdjęcie, które trzymała w ręce
-Mamo, ale o co ci chodzi? Przecież jestem tu.
Kobieta zamknęła drzwi.
-Co się tu kuwa dzieje?!-wykrzyknęła zdenerwowana Motoko
-Ja nie wiem.... Ale to mnie trochę przeraża.
Przed nami pojawił się nagle ubrany na czarno mężczyzna.
-Ty, zobacz, Shinigami.
-Nie przecież to ci się tylko wydawało. Nie ma czegoś takiego.
-Jak nie. A on to co?
Mężczyzna podszedł do nas. Ta twarz wydawała mi się znana.
-Cześć-powiedział-ta ja...
-Yumichika!-wykrzyknęła uradowana Komachi, widząc "pana idealnego". Rzuciła się na jego szyję.-Co ty tu robisz?
-Obiecałem, że kiedyś was odwiedzę, to muszę dotrzymać obietnicy
-A-ale jak, przecież...-zdziwiłam się widząc go-to był tylko sen...
-Nie. Naprawdę istnieję. Muszę wam powiedzieć coś przykrego...
-Co?-spytała zaniepokojona
-Wy... już nie żyjecie. Jesteście duszami, które muszą iść do Soul Society. Inaczej staniecie się pustymi.
-Ale jak chcesz to zrobić?
Ayasegawa wyciągnął miecz. Obydwie wystraszyłyśmy się i odeszłyśmy od niego kilka kroków.
-Nie bójcie się. Nic wam nie zrobię. To nie będzie bolało.-powiedział spokojnym głosem. Dotknął delikatnie rękojeścią miecza czoło najpierw Motoko, a potem moje.Obok nas pojawiły się dwa czarne motyle.
-Teraz musicie iść za nimi i będzie po sprawie-powiedział Shinigami-Ty nie idziesz?-zapytałam-Mam jeszcze inne obowiązki-odpowiedział-Yumichika proszęęę, chodź z nami-błagała Motoko. Chłopak nie wiedział co zrobić. W końcu się zgodził.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz